Pan Czesław Krupa na wyspy dotarł po wieloletniej tułaczce wojennej z okolic Lwowa, poprzez Syberię, Persję, Indie i wreszcie Ugandę, gdzie zastało go zakończenie II wojny światowej.

Pochodzę ze wschodu przedwojennej Polski, z województwa lwowskiego. Mieszkaliśmy w wiosce Dąbrowa. Sąsiednia miejscowość była zamieszkana przez ludność ukraińską. Urodziłem się w 1933 roku. Dzięki decyzjom Stalina mojej rodzinie udało się przeżyć. 10 lutego 1940 roku zostaliśmy wywiezieni na Syberię. W nocy przyjechał do nas saniami Ukrainiec z Rosjaninem. Dostaliśmy pół godziny na spakowanie się i zabrano nas do pociągu. Jechaliśmy: mama, tato, ja i mój młodszy brat. Miałem zaledwie siedem lat i dopiero co zacząłem naukę w szkole. Również z nami jechali rodzice mamy i siostra mamy z mężem i córką. Po krótkim czasie od wyjazdu Ukraińcy spalili naszą wioskę, a następnie na jej terenie założyli kołchozy.

 

1

Czesław Kupa (z prawej strony) wraz z młodszym bratem, 1939 rok

 

Jak pamięta pan dzień przymusowego opuszczenia domu?

Podróżowaliśmy wagonami towarowymi, w których zrobione były piętra, my staliśmy na pierwszym, na środku wagonu był piec. Nie było ubikacji, jedynie dziura, pełniąca rolę toalety. W wagonie było bardzo małe okienko. Zaatakowały nas wszy.

A z Syberii jakie ma pan wspomnienia?

Na Syberii byliśmy dwa lata. W tym czasie chodziłem do szkoły, gdyż taki był przymus, uczyli nas w języku rosyjskim. Otrzymywaliśmy bochenek chleba na dzień. Mama i tato pracowali w lesie, zbierali żywicę z sosen. Latem zbieraliśmy jagody, żeby przeżyć. Bardzo dużo ludzi umierało z głodu.

Czy byli tam Wasi znajomi?

Tak, ludzie z całej wioski zostali przesiedleni na Syberię. Kilka rodzin z mojej rodzinnej miejscowości, które wtedy były na Syberii do dziś mieszka w Wielkiej Brytanii, w Bury, tak jak ja.

Kiedy nastała amnestia, otrzymaliśmy swobodę poruszania się. Mama z tatą dostali pracę przy zbieraniu ziemniaków. W tym czasie mamę bardzo bolała głowa, nie wiem co było przyczyną. Tato wiózł ją do szpitala, do pobliskiego miasta, niestety w drodze zmarła. Tato mówił, że nikt nie chciał mu pomóc w zorganizowaniu pogrzebu, szukał desek i sam zrobił trumnę, pochował mamę. Miałem wtedy dziewięć lat…

Krótko po śmierci mamy, ojciec wstąpił do formujących się pod dowództwem generała Andersa oddziałów wojskowych. Ja i brat znaleźliśmy się w sierocińcu dla polskich dzieci i jechaliśmy za wojskiem aż do Persji.

Proszę opowiedzieć o sierocińcu.

Dawano nam zupę dwa razy dziennie. Czekaliśmy na posiłek. W nocy trzeba było klęczeć w grupach po sześć osób, to ułatwiało opiekunce sierocińca okrycie nas jednym kocem, żeby było ciepło. Kiedy jechaliśmy za wojskiem, w pociągu pierwsze dwa drewniane wagony przeznaczone były dla dzieci z sierocińca. Pamiętam, że podczas podróży pociągi zderzyły się czołowo i nasze wagony wykoleiły się. Miałem trochę rozbitą głowę. Następne wagony zostały zmiażdżone i wiele osób zginęło. Po wypadku zabrała nas babcia, jechaliśmy z nią i z dziadkiem. Wśród ludzi była znieczulica, każdy chciał ratować siebie, nie było chętnych, żeby pomagać innym. Panował wielki głód. Jechaliśmy za wojskiem. Pamiętam, że kiedy gotowano posiłki dla żołnierzy i wyrzucano kości, to zbieraliśmy je, żeby jeszcze obgryźć resztki.

Dokąd dotarliście?

Do Persji, zatrzymaliśmy się w Ahwazie na kilka miesięcy. Był głód, każdy myślał o jedzeniu. Często dawano nam baraninę, pamiętam, że była bardzo tłusta. W Persji również zmarło wiele osób, które były wycieńczone głodem w Rosji. Potem pociągiem dotarliśmy do Indii, do Karaczi. Pod względem wyżywienia życie było tu o wiele lepsze. Zaczęliśmy też naukę w szkole w języku polskim. W Indiach przystąpiłem do I Komunii świętej. Byłem tam nie dłużej niż sześć miesięcy.

Gdzie udaliście się po opuszczeniu Karaczi?

Okrętem płynęliśmy do Afryki. Osiedliliśmy się nad jeziorem Wiktoria w Ugandzie, gdzie było kilka obozów dla uchodźców. Mieliśmy zorganizowaną naukę, w języku polskim. Ukończyłem szkołę powszechną. Nikt z obecnych w obozie nie myślał, by uczyć w innym języku, gdyż wszyscy mieliśmy nadzieję na powrót do Polski po zakończeniu wojny. W Ugandzie mieszkałem pięć lat.

Kto zadecydował o tym, że pojechaliście właśnie do Afryki?

W obozie w Indiach był tzw. „kierownik transportu”, on decydował gdzie dana rodzina pojedzie, czy zostanie w Indiach czy pojedzie do Afryki.

Jakie mam Pan wspomnienia z Afryki?

W naszym obozie było około pięciuset rodzin. W większości stanowiły je kobiety z dziećmi. Jeśli byli mężczyźni, to w zdecydowanej mierze inwalidzi lub osoby w podeszłym wieku. Inni mężczyźni byli na wojnie. Mieszkaliśmy w barakach, ulepionych z gliny. Dachy domów były słomiane, w oknach nie było szyb, ale zrobione osłony jakby z jutowych worków Na połowie „domku” mieszkałem ja z bratem, a na drugiej połowie babcia z dziadkiem, którzy w Ugandzie byli naszymi opiekunami. Babcia nie chodziła do pracy, nie było gdzie… Dziadek trochę handlował. Udawało mu się docierać do okolicznych górskich miejscowości, żeby kupić trochę cukru, mąki i ryżu. Tato w tym czasie otrzymywał dwa funty żołdu i kiedy tylko mógł wysyłał nam pieniądze.

A jak znosiliście afrykański klimat?

Od rana do godziny 14.00 musieliśmy nosić hełmy tropikalne, chroniące przed upałem. Po godzinie 16.00 trzeba było nosić spodnie z długimi nogawkami oraz górną część garderoby również z długim rękawem, ponieważ mocno atakowały komary. Wiele osób po ugryzieniu przez komary chorowało na malarię, też byłem kilka razy chory. Niemalże wszędzie przedostawały się mrówki i termity, które również bardzo nam dokuczały.

 

2

W Ugandzie, 1946 rok

 

W jaki sposób została zorganizowana edukacja dla dzieci?

Mieliśmy budynki szkolne, uczęszczaliśmy na lekcje, była szkoła podstawowa i gimnazjum. Lekcje odbywały się w języku polskim. Zacząłem nawet chodzić do szkoły krawieckiej i uczyłem się szycia. Miałem też zamiłowanie do rolnictwa. W obozie w Ugandzie prężnie działało harcerstwo. Oprócz tych zajęć można było angażować się czynnie w życie liturgiczne. Byłem gorliwym ministrantem. Wstawałem wcześnie rano, żeby być w kościele. Ksiądz mówił, że kiedy skończy się wojna, pokieruje mnie tak, abym dostał się do seminarium duchownego w USA.

Jak potoczyły się losy Pana, brata i dziadków po zakończeniu wojny?

Pamiętam, że w obozie w Ugandzie był Polak, który prowadził wśród ludzi mocną agitację, by wracać do ojczyzny. Wiele osób obawiało się podjęcia takiej decyzji ze względu na fakt, że Polska w dalszym ciągu nie była krajem wolnym i na jej terenie obecni byli Rosjanie. My też obawialiśmy się i tato, który cały czas pozostawał z nami w kontakcie, zadecydował, że do Polski nie pojedziemy.

Po wojnie do ojczyzny wróciła babcia z dziadkiem. Zamieszkali w województwie lubelskim, gdyż rodzinne tereny należały już do ZSSR. Tato, kiedy był we Włoszech, wysyłał do wujka w Polsce paczki z odzieżą i początkowo bardzo wierzył, że tam wrócimy. Wujek spalał otrzymaną zawartość przesyłek, bał się, że władze dowiedzą się, że ma kontakty z Zachodem.

Czy będąc w Wielkiej Brytanii pozostawał pan w kontakcie z dziadkami z Polski?

Tak. Dziadek proponował mi powrót do Polski. Mówił, że mogę objąć po nim gospodarstwo. Nie chciałem wracać. Babcia nas odwiedziła tu w Anglii. Ja z żoną w 1975 roku pojechałem do Polski. I nie było tam aż tak źle, jak sobie wyobrażałem… choć dużo biedniej niż w Wielkiej Brytanii.

Wróćmy do pana historii zamieszkania na wyspach. Kiedy dotarliście do Anglii?

Ja i brat w 1948 roku, a ojciec miał możliwość przyjechać do Wielkiej Brytanii trochę wcześniej. Z Afryki płynęliśmy statkiem, miałem wtedy szesnaście lat, a mój brat trzynaście. Płynęliśmy kilka tygodni. W Anglii czekał na nas tato.

 

3

Procesja w obozie wojskowym w Anglii, 1949 rok

 

W którym obozie zamieszkaliście?

Osiedliliśmy się w obozie wojskowym Doddington w okolicach Crewe. Byłem tam kilka miesięcy, a potem rozpocząłem naukę w czteroletnim technikum, w Lilford prowadzoną w języku polskim. Cały czas żyliśmy nadzieją, że kiedy skończymy szkołę, ustrój w Polsce się zmieni i wrócimy do ojczyzny. Dlatego właśnie wybrałem szkołę polską. Tam spotkałem księdza, który mnie i kolegów namawiał do wstąpienia do Polskiego Seminarium w Paryżu. Miałem już wszystko przygotowane i koledzy również. W ostatniej chwili się wycofałem.

 

4

Czesław Krupa z kolegami ze szkoły dla chłopców polskich w Lilford (pierwszy z lewej strony
w kamizelce), 1950 rok

 

A koledzy zostali księżmi?

Tak, po latach dwóch z nich spotkałem, z których jeden - ks. Aleksander Michałowski przez jakiś czas pracował tu w Anglii w Blackburn. To mój kolega z klasy.

Skoro nie seminarium, to jaką drogę obrał pan po ukończeniu technikum?

Początkowo zatrudniłem się w fabryce, gdzie naprawiano działa przeciwlotnicze. Pracowaliśmy w grupach po sześć osób, trzeba było rozebrać działo i wymienić niektóre części. Menedżer stwierdził, że nasza grupa źle pracuje i jest mało wydajna. Brygadzista powiedział: „To wina Krupy, on jest zbyt powolny”. Broniłem się, tłumacząc, że przecież moja praca, polega na myciu części od dział w nafcie i to wykonuję. Za tydzień menedżer przydzielił mnie do innej grupy. Tym razem pracowałem w dwuosobowym zespole z Polakiem. We dwóch wykonywaliśmy taki sam zakres pracy jak inni w sześciu. Po kilku latach stwierdzono, że mimo remontu działa nie nadają się do użytku. W pracy traktowano nas inaczej jak Anglików. Mówiono: „Jesteście obcokrajowcami, więc możecie pracować za pół ceny…”

Te sytuacje wpłynęły na dalsze decyzje?

Tak. Miałem bardzo dobry kontakt z bratem. Wiele ze sobą rozmawialiśmy. Podjęliśmy decyzję, że będziemy pracować na własną rękę. Zainwestowaliśmy. Kupiliśmy dwa akry ziemi z drewnianym domkiem koło Bury i prowadziliśmy hodowlę kur. Niestety wszystko się spaliło… Zaczęliśmy hodowlę królików, którą prowadziliśmy dwa lata. Praca była bardzo ciężka. Zarobiliśmy trochę pieniędzy.

Co było kolejną inwestycją?

W Manchester istniało wówczas około stu polskich firm zajmujących się wyrabianiem galanterii skórzanej, takiej jak torebki, portfele, rękawiczki. Nie miał kto robić narzędzi potrzebnych w tej branży. Przyszedł do mnie jeden Polak i powiedział: „Krupa, ty znasz się na pracy z metalem, czy mógłbyś robić nam narzędzia”? Podjąłem kolejną działalność. W 1963 roku zacząłem robić metalowe narzędzia potrzebne do wytwarzania galanterii skórzanej. Początkowo dochody były słabe, z czasem się polepszyły i do współpracy ze mną dołączył brat. Udało się rozwinąć biznes, zatrudnialiśmy pracowników. Następnie kupiliśmy stary czteropiętrowy budynek i tam przenieśliśmy firmę. Tak pracowaliśmy do emerytury. W 2000 roku sprzedaliśmy budynek. Deweloperzy przerobili go na dwadzieścia cztery apartamenty.

Czy łatwo było od strony prawnej założyć w Anglii własny biznes w tamtych czasach?

Tak, nie było żadnych problemów z zarejestrowaniem firmy. Księgowość prowadziła żona.

Kto zamawiał narzędzia do wytwarzania galanterii?

Naszymi klientami byli głównie Polacy i Żydzi, którzy zajmowali się wytwarzaniem galanterii skórzanej. Najpierw było tak, że Polacy pracowali w rzemiośle galanteryjnym w zakładach, których właścicielami byli Żydzi. Szybko uczyli się od nich fachu i otwierali własne biznesy.

Co stało się z firmą po sprzedaży budynku?

Pracowaliśmy nadal, wtedy w ścisłej współpracy byli z nami dwaj moi zięciowie i zięć brata. Obecnie jeden z moich zięciów prowadzi nadal rodzinny biznes w Bury, który głównie polega na robieniu metalowych bram. Zięć brata prowadzi firmę w Manchester, której klientami są w większości Żydzi. Został zmieniony charakter działalności biznesu. Firma zajmuje się między innymi zakładaniem antywłamaniowych żaluzji i bram. Nazwa firmy: „Krupa Brothers” przetrwała w nieco zmienionej formie do dziś.

Wróćmy jeszcze do Pana młodości. W jakich okolicznościach poznał Pan żonę?

Byłem orkiestrantem. Grałem na bębnach, na zabawach w polonijnej orkiestrze. Inne Kluby Polskie zapraszały nas na zabawy i gościnne występy. Często graliśmy tango, walczyka, polkę i oberka. Wiele razy gościliśmy w Manchester i tam na jednej z zabaw poznałem żonę w Polskim Klubie Kombatantów.

Jak wyglądało przygotowanie do ślubu?

Nie było tak jak teraz. Wymogi, jakie nam stawiano, polegały na tym, żeby być stanu wolnego i przed ślubem przystąpić do spowiedzi. Uroczystość zaślubin miała miejsce w Bury w kościele.

Czy jako małżeństwo byliście związani z parafią polonijną?

Oboje z żoną byliśmy mocno zaangażowani w życie polskiej parafii w Bury. Należeliśmy do chóru kościelnego. Wiele lat pełniłem funkcję prezesa parafii, za zaangażowanie zostałem odznaczony przez biskupa Władysława Rubina, a następnie przez prymasa Józefa Glempa. Obecnie jesteśmy najstarszym polonijnym małżeństwem w Bury. Jako seniorzy spotykaliśmy się w czwartki przy parafii. Najpierw uczestniczyliśmy we Mszy świętej, a następnie w gimnastyce oraz katechezie. Śpiewaliśmy też polskie pieśni i spotkanie kończyło się obiadem. Ze względu na trwającą pandemię spotkania zostały zawieszone aż do odwołania. Co roku jeździliśmy również na polonijną pielgrzymkę do pobliskiego sanktuarium Holywell oraz na organizowane dla Polaków w Wielkiej Brytanii kursy wiedzy religijnej.

Chciałbym jeszcze opowiedzieć o naszej przygodzie z Malezyjczykiem, który został chrześcijaninem, a następnie kształcił się w seminarium duchownym w Polsce…

Oczywiście, bardzo proszę!

Chłopak, o którym wspomniałem, przyjechał na studia biznesowe do Wielkiej Brytanii. Był buddystą. Przed przyjazdem do Europy, nigdy wcześniej nie spotkał się z chrześcijaństwem. Będąc w Anglii, któregoś dnia wszedł do kościoła w Bedford, w którym odprawiane są Msze w języku polskim i zapytał osobę sprzątającą kościół: „Co oznacza ten mężczyzna, który jest przedstawiony na krzyżu”. Otrzymał odpowiedź: „Pójdę z Tobą do księdza, który tu pracuje i on ci wytłumaczy.” Razem poszli do księdza posługującego w polonijnej parafii. Malezyjczyk Chun Yean Choong, bardzo zainteresował się chrześcijaństwem. Spotkanie z nową religią za pośrednictwem księdza Polaka zaowocowało najpierw tym, że postanowił się uczyć polskiego języka. Zapisał się do sobotniej szkoły polskiej i uczęszczał na lekcje z dziećmi. Po kilku latach przyjął chrzest święty. Kiedy ukończył studia na południu Anglii, przyjechał kontynuować naukę na północy Wielkiej Brytanii. Zamieszkał w Bolton. Szukał polskiego kościoła i dotarł do naszej parafii. Regularnie uczestniczył we Mszach świętych w języku polskim i angażował się w posługę przy ołtarzu. Niestety, podczas jednej z Mszy, skradziono mu laptop. Widziałem, jak go szukał i mówił: „muszę kupić nowy, a jeszcze nie spłaciłem pieniędzy za poprzedni”. Kiedy to usłyszałem, zaproponowałem, by przyszedł do nas mieszkać za darmo i w ten sposób zaoszczędził pieniądze na zakup laptopa. Powiedziałem mu: „Jeśli wytrzymasz z nami, a my z Tobą, możesz u nas mieszkać”. Udało się i przez półtora roku mieszkaliśmy razem. Zabieraliśmy go na pielgrzymki i inne wyjazdy. Był z nami w Polsce. Z racji na to, że krótko był chrześcijaninem, przyjęcie go do seminarium wymagało dodatkowych opinii. W tej sprawie zadzwonił do nas ksiądz rektor z Wyższego Seminarium Duchownego w Łodzi. Akurat mieliśmy wyjeżdżać do Polski, pojechaliśmy do Łodzi, przekazać naszą opinię. Został przyjęty, był bardzo dobrym studentem. Żona jeździła w odwiedziny oraz na święcenia diakonatu. Oprócz niej na święcenia ks. Jana Marii Chun Yean Choong wybrała się czternastoosobowa grupa Polaków z parafii polonijnej w Bolton i Bury.

 

5

Ks. Jan Maria Chun Yean Choong

 

Dziękuję za podzielenie się bogatą w wydarzenia historią życia.

siostra Halina Pierożak, Misjonarka Chrystusa Króla dla Polonii Zagranicznej, 08.06.2020 r.

Pan Czesław Krupa zgodził się na opublikowanie ww. wywiadu