O kolejnych emigracyjnych losach dowiemy się z wywiadu s. Haliny z Panem Ignacym Krajewskim. Pan Krajewski pochodzi z terenów przedwojennej Polski, które obecnie należą do Białorusi. Jako 12-letnie dziecko został wywieziony na Syberię. Uczęszczał do rosyjskiej szkoły, a następnie pracował przy wyrębie syberyjskiego lasu.

Po amnestii dotarł do Uzbekistanu. Los sprawił, że jako kilkunastoletni chłopiec rozstał się na długi czas z najbliższymi: mamą i przyrodnim bratem. Następnie poprzez Persję i Teheran dotarł do Palestyny. Tam ukończył Szkołę Kadetów, zdał maturę i od generała Andersa otrzymał świadectwo ukończenia liceum. W 1947 roku przybył do Anglii, gdzie mieszka do dziś.

Urodziłem się 1 lutego 1928 roku w osadzie wojskowej, mój ojciec był legionistą marszałka Piłsudskiego i nadano mu tę osadę. Ważnym celem zamieszkania na nowych ziemiach było ich spolszczenie. Osada nazywała się Puzieniewicze. Znajdowała się w odległości 5 kilometrów od Miasta Turzec, które było miastem żydowskim i białoruskim, miało piękną bożnicę, należało do województwa nowogródzkiego. Najbliższy kościół polski był w Mirze, około 16 kilometrów od osady. W dzisiejszych czasach 16 kilometrów to nic, a wówczas, szczególnie biorąc pod uwagę stan dróg we wschodniej Polsce, trzeba było pół dnia, żeby dotrzeć do kościoła.

Mój ojciec zmarł, kiedy miałem 5 lat, nie pamiętam go, ale pamiętam, że kiedy umierał, to ktoś kazał mi pójść pożegnać się z ojcem, w rzeczywistości nie wiedziałem, o co chodzi. Jak przez mgłę widzę, że idę, nie widzę twarzy ojca, idę do łóżka i nie pamiętam, co dalej się stało. Moje wspomnienia o ojcu: pamiętam, jak trzymał mnie na rękach, było też zdjęcie, kiedy byłem mały i siedziałem ojcu na kolanach, ale niestety przez wojenną zawieruchę zginęło. Jeśli chodzi o rodzeństwo, wiem, że były inne dzieci, ale one wszystkie zmarły, ja byłem najmłodszy i tyko słyszałem, że przede mną urodziły się inne dzieci. Matka powtórnie wyszła za mąż i miała syna, mojego przyrodniego brata, który był ode mnie 5 lat młodszy.

Nie wiem, z jakich stron Polski mój ojciec się przesiedlił, sądzę, że z zaboru austriackiego, ale nie mam na to potwierdzenia. W osadzie była jego siostra, była żoną jednego z osadników. Ojciec miał rodzinę w Ameryce, zdaje się w Chicago, dostawał listy, ale byłem za mały, nic z tego nie rozumiałem. Siostra ojca, która została później wywieziona na Sybir, po zakończeniu wojny wyjechała do Ameryki do jej i mojego ojca rodziny, ale nic więcej nie wiem o niej.

Proszę opowiedzieć o osadzie?

Przedstawię problem polityczny, który tam istniał. Osada była otoczona trzema dużymi wioskami białoruskimi. Białorusini niezbyt nas lubili, dlatego że spodziewali się, iż to oni dostaną te tereny. Tymczasem przyszli Polacy i zabrali im ziemię. Trzeba wziąć pod uwagę, że ludność tamtejsza żyła naprawdę z wielkim trudem, mieli kawałek ziemi, z której trzeba było wyżywić całą rodzinę, były problemy… Problem wyżywienia szczególnie. Ziemia naprawdę była dla osiedlonych Polaków jedyną żywicielką i dla Białorusinów też. Niestety, nie była to ziemia zbyt płodna, jedynie piasek i błota. Pamiętam rowy melioracyjne, które ściągały wodę, my pływaliśmy w nich, były dość szerokie. Nie mam pojęcia, w jaki sposób były robione. Bawiliśmy się, zimą można było jeździć na łyżwach, a latem na łąkach rosły kaczeńce. Osada położona była nad Niemnem, około 50 kilometrów od granicy rosyjskiej, zimy były srogie i lata bardzo gorące, szalone burze. Zimą czasem spadało tyle śniegu, że nie można było rano otworzyć drzwi domu.

Całość wywiadu można przeczytać na naszej zakładce Wspomnienia, opowieści i rozmowy.