Pani Maria Krasnodębska, z domu Teramina, pochodzi z terenów Polski, które obecnie należą do Białorusi. W 1940 roku wraz z najbliższymi została wywieziona na Syberię.

Po długim czasie wojennej tułaczki poprzez Kazachstan, Teheran i Indie dotarła do Wielkiej Brytanii, podjęła pierwszą pracę i ukończyła rozpoczętą w Polsce edukację. W 1954 roku przeprowadziła się do Kanady, gdzie podjęła pracę w zawodzie pielęgniarki i założyła rodzinę. Obecnie wraz z mężem mieszka w Toronto.

Nazywam się Maria Krasnodębska, panieńskie nazwisko Teramina. Mój ojciec był osadnikiem wojskowym, wcześniej walczył o Polskę w Legionach pod zwierzchnictwem Piłsudskiego. Niedaleko Wołkowyska w Święcicy Wielkiej dostał osadę po skończeniu wojny polsko-bolszewickiej w 1920 roku. Przyszłam na świat 17 marca 1930 r.

Miałam dwóch starszych braci i rocznego przyrodniego brata. Moja matka zmarła w 1935 roku, kiedy miałam pięć lat. Ojciec ożenił się powtórnie i z drugiego małżeństwa urodził się brat.

Jeśli chodzi o mamę, najbardziej pamiętam moment, gdy ojciec zbudził nas późnym wieczorem, żeby pożegnać się z nią. Mama była chora, wiedzieliśmy o tym, ale nie rozumiałam, dlaczego mam się z mamą pożegnać. Kiedy nad ranem się zbudziłam, było jeszcze trochę ciemno na dworze. Zobaczyłam dwie panie, które myły nieżyjącą już mamę. Nie wiem dokładnie, ile miała lat w chwili śmierci, ale mniej niż trzydzieści. Ciało mamy było przez dwa dni w domu, a potem zostało zabrane do kościoła, gdzie odbyła się msza pogrzebowa. Kościół znajdował się koło Wołkowyska w okolicach nazywanych Gniezno. Był wzniesiony w XVI wieku, w pobliżu niego znajdował się cmentarz. Po śmierci mamy, aż do pochówku nie odchodziłam od trumny, siedziałam w pobliżu i płakałam. W stosunkowo krótkim czasie ojciec ożenił się powtórnie. Było nas troje małych dzieci, brat miał siedem lat, ja pięć, a najstarszy brat miał dziesięć lat.

Chodziłam do szkoły. Życie, jak dla mnie, było fantastyczne. Wokół osady rozciągały się pola, po południowej stronie znajdowało się wielkie zabudowanie, mieliśmy duży dom, wielką stodołę i oborę. Następnie teren się obniżał i nasza posiadłość kończyła się nad rzeką. Szkoła znajdowała się w odległości około 2 kilometrów, zaczęłam uczęszczać do niej, gdy miałam sześć lat, choć wówczas dzieci rozpoczynały naukę w siódmym roku życia. Ponieważ moi bracia chodzili do szkoły, podobno tak się awanturowałam, by mnie też posłano, że w drodze wyjątku pozwolono mi na naukę w wieku sześciu lat. Bardzo lubiłam chodzić do szkoły. Zimą woził nas ojciec zaprzęgiem z saniami, a wiosną i jesienią chodziliśmy do szkoły przez łąkę i most przez białoruską wioskę. Edukacja odbywała się tylko w języku polskim. Nie było wówczas elektryczności, mieliśmy lampy naftowe. Ceniłam to, że mogę chodzić do szkoły i się uczyć. Do kościoła jeździliśmy również zaprzęgiem konnym, co niedzielę do Gniezna, które znajdowało się w odległości około 10 kilometrów od Wołkowyska. W 1939 roku przystąpiłam do pierwszej komunii świętej. Był to smutny dzień dla mnie, ze względu na to, że moja druga matka była wówczas chora i nie mogła zorganizować uroczystości w domu, nie miałam też pięknej białej sukienki i weloniku jak inne dziewczęta. Moja sukienka była raczej bardzo skromna. Przygotowanie do pierwszej komunii mieliśmy w szkole.

Całość wywiadu można przeczytać na naszej zakładce Wspomnienia, opowieści i rozmowy.